Jakie przekąski wybrać… do szpitala?

Przyznam, że doświadczenia moich bliskich i wspomnienia szpitalnych praktyk nastawiły mnie na tyle źle, że szpitalnym jedzeniem byłam nawet miło zaskoczona. Zwłaszcza, że wybredna nie jestem, a z domu wyniosłam duży szacunek do jedzenia w ogóle i przekonanie, że marnowanie to nie tyle zbrodnia, co wręcz grzech. Dlatego pozytywów widzę dużo – dają pod nos, przeważnie ciepłe, brudne gary zabierają, więc zmywać też nie trzeba. Czego chcieć więcej? A no właśnie… Są jednak takie elementy, których brakuje według mnie totalnie i dobrze się w nie zaopatrzyć wcześniej, albo na bieżąco korzystać z uprzejmości i troski rodziny. A tych w mojej na szczęście nie brakuje, za co naprawdę jestem bardzo, bardzo wdzięczna moim bliskim, bo będąc Obłożnikiem, który może wstawać tylko na siku, kompletnie nie miałabym możliwości organizować sobie tego wszystkiego, co dzielnie mi przynoszą.

Mój pocieszający kubeczek. Wesoły napis, duża pojemność, czego chcieć więcej?

Mogłabym tak blablać i dygresjować o wdzięczności bez końca, więc nareszcie – co to za niezbędny według dietetyka prowiant?

Warzywa i owoce. KONIECZNIE.

Gałązka zielonej pietruszki do śniadania czy listek sałaty do kolacji to naprawdę za mało dla dorosłego człowieka. Podczas każdej choroby, która dla organizmu jest bez dwóch zdań stresem, zapotrzebowanie na składniki odżywcze, w tym witaminy i składniki mineralne rośnie. Dlatego porządny dodatek warzyw i owoców to pierwszy punkt na mojej liście. Wybierz najlepiej takie, które przechowają się przynajmniej 2-3 dni, bo chociaż każdy oddział ma swoją lodówkę, to czasem są one bardzo małe, pacjentów jest dużo, a ich apetyty (na szczęście) czasem też są spore. Zwłaszcza, że wielu z nich w ogóle nie jest w stanie przełknąć szpitalnego jedzenia, a wtedy do lodówki trafiają i domowe obiadki, i całe paczki serów czy wędlin. No i na moje rzodkieweczki czy ogóreczki naprawdę nie ma już miejsca.

Woda. Dużo wody i ewentualnie innych napojów.

Na moim oddziale dostępna jest herbata i cukier, do śniadania podają kawę zbożówkę, a do obiadu kompot, ale to i tak trochę mało. Szczególnie, gdy mamy lato, na zewnątrz 1000 stopni Celsjusza w cieniu i masz poczucie, że od szpitalnego powietrza wysychają Ci nawet oczy, nie mówiąc już o cerze czy włosach (chociaż pięknisią też nie jestem). Ja mam ze sobą wodę do picia, meliskę na nerw, lipę przez pomyłkę oraz kawę i napoje roślinne na pocieszenie. Soków nie mam, chociaż ostatnio piłam marchewkowy litrami i teraz o nim pisząc, powoli znowu nabieram na niego chęci.

Hmmm… Nie wiem jak to napisać, ale chyba napiszę wprost – normalne jedzenie, które zjadasz na co dzień.

Na przykład chleb. Ser. Sardynki w puszcze. Cokolwiek, dzięki czemu przygotujesz sobie awaryjny, ale normalny posiłek, gdyby na przykład wzięli Cię na badania, te się przedłużyły, a wtedy ominął Cię obiad, bo jakiś kleptomaniak szpitalnego jedzenia go pożarł, albo co bardziej prawdopodobne – ktoś go zabrał, bo stwierdził, że Ty jeść nie będziesz. Chociaż pisałam, że do wybredziochów nie należę, to niestety dzisiaj… Nie byłam po prostu w stanie rozpoznać nawet, czy to „coś” do obiadu to ryż, a może jednak pęczak, a może jakiś miks, bo każde ziarenko przypominało mi co innego. No i taki chleb owsiany był dzisiaj dla mnie jak znalazł. I na drugą kolację też się przyda, bo co to dla mnie trzy kromeczki pieczywka, a ja przecież jestem masy piórkowej… A jak Ty jesteś przypadkiem rosłym chłopem, to uwierz mi – weź sobie bochen.

Coś pysznego. A najlepiej pyszne i zdrowe przekąski jednocześnie, chociaż tutaj naprawdę się przy tym nie upieram.

Ważne tylko, żeby tymi słodkościami nie zastępować zwykłego jedzenia, a stosować je zgodnie z zasadą „Smutno Ci? A może budyń?”. Tak, tak. Znowu chodzi mi o podnoszenie morale, gdy Ci smutno, gdy Ci źle. Ja mam obecnie regularnie zmniejszającą się populację ciastek z ziarenkami, a także cały wagon czekoladek, których populacja na razie jest stabilna. No dobra, i trochę paskudnych, ale pysznych kisielków w proszku, których stanowczo NIE POLECAM, ale cóż… Każdy ma swoje słabości. I takie jedno, góra dwa, ewentualnie pięć miłych ciasteczek jest w stanie skutecznie poprawić Ci humor, a w procesie leczenia dobry nastrój jest bardzo ważny. Tylko proszę, nie zjedz w przypływie rozpaczy na przykład całego opakowania takich kulistych kokosowych pralinek, poprawiając kolejnym takich podobnych, tylko ciemnych z orzeszkami, tak jak ja za ostatnim razem, bo uwierz mi, dopiero będzie Ci źle…

A co innego możesz zrobić, żeby było Ci lepiej, przeczytasz w kolejnym, zupełnie niedietetycznym już wpisie o tym, jak odnaleźć się w szpitalnej rzeczywistości. Zwłaszcza, gdy przyjdzie Ci w niej żyć nagle i nie wiadomo na jak długo…

5 komentarzy “Jakie przekąski wybrać… do szpitala?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *